2017: Rok, w którym miałem przestać podróżować, a nie

Minął prawie rok, odkąd miałem lecieć z Wietnamu do Ameryki Północnej i zamienić walizkę na mieszkanie. Dziesięć miesięcy, odkąd miałem mówić o „życiu w drodze” w czasie przeszłym. Trzysta kilka dni, odkąd miałam wrócić z roku na całym świecie.

Spoiler: żadna z tych rzeczy nie wydarzyła się tak, jak powinna.

Zanim wyjechałem do Argentyny na początku 2016 roku, moim planem było zakończyć Remote Year i wrócić do życia w NJ / NYC. Głupio pomyślałem, że cała moja szalona, ​​niespokojna energia zostanie zastąpiona wspomnieniami i zdjęciami z 12 miesięcy przygody.

Jak ten. Zmierzch nad wioską rybacką w Mũi Né troszkę, Wietnam.

Ale najtrudniejszą częścią zmieniającego życie roku jest to, że zmienia twoje życie. Nie doceniłem tego. Odległy rok pokazał mi, że nie muszę jechać na wakacje, aby zobaczyć świat. Dlaczego spędzam tyle czasu w biurze? Dlaczego nie mogłem tego zrobić sam? Miałem szczęście; moja praca jest już zdalna. Nigdzie nie miałam domu, mieszkania, chłopaka, szczeniaka, rośliny doniczkowej.

Dużo o tym myślałem.

Z biegiem roku mój plan powrotu nie wydawał się tak atrakcyjny. Więcej osób pytało „co będzie dalej?” I częściej moja odpowiedź ulegała zmianie. Może wybrałbym inne amerykańskie miasto, żeby zadzwonić do domu. Może mógłbym przenieść się do Europy. Nie byłem pewien, dokąd pójść, kiedy program się skończy, ale lubiłem nie wiedzieć. Nie wiedząc, „co będzie dalej”, oznaczało, że to jeszcze nie koniec. Oznaczało to, że nie musiałem rezygnować z pracy / stylu życia, w którym się zakochałem.

Do stycznia 2017 r. Nadal nie miałem planu, ale miałem możliwość wzięcia udziału w konferencji w Singapurze pod koniec marca. Zdalny Rok zapakowany w lutym, więc miałbym jeszcze pięć tygodni na pracę i podróżowanie po Azji.

Więcej czasu w Azji? Długo dokonywać poważnych wyborów życiowych? Tak proszę!

Decyzja o tym, jak spędzić miesiąc solo powinna być łatwa. Powinienem wybrać jedno miejsce na marzec i pomyśleć o tych wyborach. Wiele miejsc dałoby mi stabilność, refleksję i internet. Poza tym spędziłam rok, doceniając powolną podróż. Wieszanie się gdzieś przez miesiąc miało sens.

Więc oczywiście tego nie zrobiłem.

Pod koniec lutego pojechałem z Wietnamu do Korei Południowej, Japonii, Tajwanu, Indonezji, Singapuru i Hiszpanii. W Seulu szedłem kilometry, grillowałem grilla nad pustymi bębnami z olejem, pracowałem na nocnej zmianie w 24-godzinnych kawiarniach. Ja (trochę) opanowałem system metra w Tokio, spałem w biblioteczce i zjadłem najlepszy ramen w moim życiu. Pojechałem na nieoficjalną trzydniową wycieczkę kulinarną po Tajpej i świętowałem Dzień Świętego Patryka z Guinnessem i bułkami wieprzowymi. Przeskoczyłem wokół Bali i leżałem pod atramentowym niebem eksplodującym gwiazdami na Nyepi, balijskim „Dniu ciszy”, kiedy zabronione jest elektryczność. Pocę się przez dwie koszulki, prezentując moją pierwszą konferencję w Singapurze. Spędziłem tydzień mocząc się w słońcu Barcelony, zanim wróciłem do New Jersey.

Zawsze jest czas na przerwę w pracy, gdy basen ma takie widoki. Marina Bay Sands, Singapur.

Ten chaotyczny, pełen energii miesiąc wokół Azji przygotował grunt pod resztę 2017 roku. Ten rok charakteryzował się niezdecydowaniem, zwątpieniem i ciągłym ruchem. To było niesamowite i dziwne, a czasem bardzo trudne.

Na początku kwietnia wylądowałem w USA. Po podekscytowaniu ponownym połączeniem się z rodziną i przyjaciółmi życie zwolniło, a ja utknąłem: nie gotowy na trwałość, ale nie wiem, dokąd pójść. Flirtowałem z pomysłem osiedlenia się - być może nie będzie tak źle, kiedy to zrobię - ale nie mogłem się zaangażować w jakieś miejsce.

I nie chciałem. Jeszcze nie. Kiedy miałbym kiedykolwiek mieć tyle wolności? Co jeśli to się nigdy nie wydarzy? Jak mogłem pozostać w jednym miejscu, kiedy spędziłem ponad rok, ucząc się, jak świat jest bardziej dostępny, piękny i interesujący, niż kiedykolwiek go widziałem?

Nie mogłem. Zamiast szukać stabilności w Stanach, postanowiłem pozostać „w drodze”, nie mając pojęcia, jak dosłownie się to wyda. W czerwcu, krótko po tej rozsądnej decyzji, moja kumpel Miranda zapytała, czy nie dołączę do niej na wycieczkę krajoznawczą. Ponieważ tak robią normalni ludzie, gdy się nudzą: prowadzą Mini Coopera w całych Stanach Zjednoczonych Ameryki.

Dlaczego nie? W tym czasie nie miałem żadnego kierunku. Zachód nie był złym miejscem do rozpoczęcia.

I tak spędziłem połowę lata 2017 r. Jadąc z New Jersey do Asheville, w Karolinie Północnej do Nashville, Tennessee, do Chicago, gdzie spakowaliśmy czterech przyjaciół i nasze bagaże przez 14 godzin do Południowej Dakoty i 7 do Denver. Pojechaliśmy na zachód do Jackson, Wyoming i Salt Lake City, Utah. Jechaliśmy z Springville w Kalifornii do Portland do Seattle do Vancouver w Kolumbii Brytyjskiej, ponieważ nic nie kończy podróży po USA jak tydzień w Kanadzie.

Fakt: Vancouver jest ładny

Po tej podróży wróciłem do Nowego Jorku i spędziłem sierpień w Nowym Jorku, po czym spakowałem swoje życie do walizki i wróciłem do JFK. Ameryka, to po prostu nie działa. Następny przystanek: Porto, Portugalia. Potem Londyn. Amsterdam. Lizbona. Madera. Spędziłem teraz więcej czasu w Portugalii niż w jakimkolwiek innym kraju poza USA; przed lipcem nie byłem pewien, czy kiedykolwiek tam pójdę.

Po miesiącach prób i braku komfortu w Stanach Zjednoczonych, sześć tygodni w Europie było tak cholernie dobre. Większość z nich spędzili mieszkając w przytulnym małym mieszkaniu w sercu Lizbony, gdzie nauczyłem się wymawiać pastel de nata i popijałem zielone wino, a także zamknąłem komputer na codzienne zachody słońca i prawie zemdlałem podczas pierwszego europejskiego maratonu.

Czując się jak ktoś z zewnątrz w moim ojczystym kraju, czułem się źle. Czując się jak outsider w innym kraju, czułem się dobrze. Lubiłem mieć nowe ulice do nauki, nowe adresy do znalezienia, nowy język do tłumaczenia. Podobało mi się budowanie własnej rutyny w tej nowości. Lubiłem zwiedzać ze starymi przyjaciółmi w kraju, w którym większość z nas nigdy nie była, ale jakoś tak się skończyło. Podobało mi się, że w Lizbonie nie miałem pojęcia, dokąd jadę.

Winda na szczyt tego garażu była szkicowa. Widoki z góry nie były.

Dobrze było być w miejscu, w którym codziennie świeciło słońce i nie można było zrobić złego zdjęcia czegokolwiek.

Czułem się dobrze, jakbym wrócił na Remote Year.

Ale to też była złośliwość. Ten sześciotygodniowy przejazd w Europie był dla mnie ostatnią przeszkodą i wiedziałem o tym. Ze zbyt wielu powodów do wyjaśnienia w tej chwili nadszedł czas, abym pozostał na miejscu przez kilka miesięcy. Musiałem wymienić 90% mojej garderoby, zobaczyć się z dentystą, zaoszczędzić trochę pieniędzy, połączyć się z ludźmi. Głęboko tęskniłem za posiadaniem społeczności - dla mnie największym poświęceniem pracy solo i podróżowania.

Nieważne, gdzie wylądowałem, ale wpisanie „New York, NY” w Skyscanner było naturalne, kiedy zarezerwowałem lot w celu uzyskania tymczasowej trwałości. Po tygodniu przygód w gównianym małym samochodzie na oszałamiającej wyspie Madera, pod koniec października zatrzymałem się w pośpiechu od 2017 roku, ciągnąc nową walizkę, plecak i podejście do Brooklynu. Odtąd jestem (głównie) tutaj.

Powrót do pewnego rodzaju stabilności miał swoje wzloty i upadki. Jestem rozdarta między kochaniem tej bazy domowej a brakiem świata. Moja walka polega na znalezieniu równowagi lub szczęśliwego środka między „utknięciem” a „bieganiem do nowego miasta za każdym razem, gdy się nudzę”. Nigdy nie byłem dobry w równowadze. Patrzę wstecz na rok 2017 i widzę wiele spontanicznych i zabawnych wyborów, ale widzę też dużo stresu i niezdecydowania. Moim celem na 2018 rok nie jest podróżowanie mniej, ale podróżowanie mądrzejsze, dbanie o siebie i maksymalne wykorzystanie miejsc, do których mogę się udać.

Zacząłem tę wędrówkę w strugach deszczu i byłem * zachwycony *, że mogłem dostać się ponad chmury. Pico Ruivo, Madera.