Najgorszy i najlepszy dzień mojego życia

Dni, o których wolisz zapomnieć, to te, które najbardziej Cię definiują

1

10

Oczy mam płonące, spuchnięte od godzin płaczu.

Przeplatam się między niekontrolowanym szlochem, moją twarzą ukrytą pod złożonymi rękami grzechotającymi przednią tacą siedziska, a kiepskimi próbami odzyskania panowania nad sobą, siedzeniem wyprostowanym z wyciekającymi oczami utkwionymi w ekranie nad Rocky Balboa.

Jeśli masz do czynienia z załamaniem emocjonalnym, istnieje kilka miejsc mniej prywatnych niż miejsce w przejściu na zatłoczonym Boeingu 767, lecącym około 9 godzin i 10 minut z Frankfurtu do Chicago.

Na szczęście blokowanie spojrzeń nieznajomych okazuje się łatwiejsze niż zatamowanie potoku myśli przepływającego mi przez umysł i rozlewającego oczy.

Dwanaście godzin wcześniej oddychała.

48 godzin wcześniej śmiała się i grała w karty przy stole.

Teraz wszystko zniknęło.

Odeszła.

Nie mogłem przyjść szybciej.

„Tak mi przykro, mamo”.

"Tak mi przykro."

1

Ten moment jest lepszy niż Kodak. Musiał zostać napisany przez niebiańskich dramatopisarzy.

Stukot miniaturowych butów trekkingowych mojego trzyletniego dziecka uderzył w mokry bruk, po czym wybuchły trzepot skrzydeł odbijających się wokół nas, gdy mijaliśmy wąskie uliczki.

Jest mokre popołudnie w dni powszednie, a jeszcze nie sezon turystyczny w Toskanii, co oznacza, że ​​praktycznie całą wioskę mamy dla siebie.

Celowo zwalniam tempo, ciesząc się widokiem mojego syna, który przewraca się, a jego małe nogi są skoordynowane jak nowonarodzone źrebię.

Biega, zawiesza się w połowie kroku, skręca i szybko przekierowuje swoją trajektorię w kierunku następnego skrzydlatego celu.

„O jeden dzień za wcześnie, to wszystko będzie snem” - w myślach patrzę na niego poetycko, gdy po raz pierwszy oddycha widokami i dźwiękami.

Jestem wzruszony emocjami, uderzony przywilejem oglądania moich najstarszych odkrywających nowe światy.

Spogląda w tył, na tyle długo, aby upewnić się, że wciąż tam jestem.

Uśmiecham się uspokajająco.

„Nigdzie nie idę, kolego”.

Zawsze tam chcę być.

9

Ciężko wzdycham, opróżniając to, co pozostało z mych płuc.

Zwykle nie jest to dla mnie problem, dziś mam problem, że kabina sypialna mojego nocnego pociągu na lotnisko we Frankfurcie jest już w połowie wypełniona.

Co gorsza, są turystami.

Otwieram drzwi, próbuję niepostrzeżenie wczołgać się na łóżko, udając, że nikt nie zauważy, że dorosły człowiek wkrada się do pokoju wielkości małej garderoby.

„Proszę, nie pytaj”, próbuję uciszyć ich poprzez sztuczki umysłu Jedi.

Niestety, turyści są stereotypowo uprzejmi, dociekliwi, otwarci i ogólnie mili z sobą. Ci dwaj nie różnią się od siebie, dlatego dwadzieścia minut po wyjeździe z Mediolanu zwracają na mnie zbiorową uwagę.

„Więc co zabiera cię do Frankfurtu?”, Pyta jeden.

„Biznes czy wakacje?” Dzwoni drugi.

„Moja matka jest w śpiączce” - odpowiadam, żal mi zrzucenia bomby, ale też nie mam nastroju, by pokryć sytuację cukrem.

„Jej serce przestało działać kilka dni temu.”

„Och” - mówi jeden.

„Człowieku”, mówi drugi.

„Przepraszam”, obaj mówią z nagłą ciszą.

Wiem, że to mają na myśli. Może stracili kogoś, kogo kochali wcześniej. Może nawet ojciec, brat lub matka.

Nie mogę już o tym myśleć.

Wyłączam lampkę nocną i zamykam oczy.

Chciałbym, żeby to był po prostu zły sen.

2)

„Buona sera!”

Signore w średnim wieku uśmiecha się do nas zza baru, a dzwon starego dzwonka oznajmia nasze wejście.

Wewnątrz jest małe, przytulne i pachnie, jakby było marynowane w kawie i czekoladzie od ponad wieku.

Garstka mieszkańców opiera się wygodnie o kilka wysokich stolików w barze, wyglądając tak, jakby wszyscy pojawili się pewnego popołudnia lata na espresso i nigdy nie wyszli.

Wszyscy angażują się w ożywione dyskusje, ich głosy układają się jeden na drugim, a ich ręce machają dziko tam, gdzie zabierają ich słowa.

Spoglądam w dół na mojego małego towarzysza podróży, aby sprawdzić, czy on to akceptuje.

Jest już zachwycony, jego duże brązowe oczy przyklejone są do jasnego opakowania gigantycznego czekoladowego jajka wielkanocnego na pobliskim wyświetlaczu.

Tak, jesteśmy we właściwym miejscu.

8

Sikam do brudnego pisuaru, niecierpliwie czekam na odjazd pociągu łączącego do Frankfurtu.

Obezwładniająca mieszanina moczu i roztworu czyszczącego przypala mi włosy w nosie, powodując chwilowe odwrócenie uwagi od pulsującej głowy.

Za mną ciężkie metalowe drzwi łazienki trzaskają, gdy ludzie napływają i wychodzą, a ich animowany Włosi irytujący hałas.

„Muszę tylko wrócić do domu”.

„Muszę tylko wrócić do domu”.

Powtarzam te sześć słów w kółko, próbując odeprzeć jak najgorszy możliwy wynik, który wciąż wkrada mi się w pamięć jak niechciany kot z zaułka.

Nie może iść

To nie może się dziać.

Co jeśli jej się nie uda?

Co jeśli nie zdążę na czas?

„Muszę tylko wrócić do domu”.

„Muszę tylko wrócić do domu”.

Zamykam oczy i wyobrażam ją sobie, tak jak ją opuściłem pięć dni temu.

Pobiegłem do jej domu, żeby coś złapać, zanim nasz lot wyleciał do Włoch.

Było późno, ale czekała na mnie w tej swojej głupiej, zamazanej różowej szacie.

Pamiętam, jak ściskałem ją na pożegnanie, czułem jej miękkie, ciepłe ciało przez różowy puch szlafroka.

Moim zdaniem wciąż ją widzę, stojącą na werandzie i machającą na pożegnanie, gdy powoli wycofałem samochód z podjazdu i ruszyłem na lotnisko.

Teraz to ona się odsuwa.

Słyszę jej głos w mojej głowie, żegnający mnie.

Jestem tylko pesymistą.

Przestań myśleć najgorsze.

Przestań. Shoo!

„Muszę tylko wrócić do domu”.

„Muszę tylko wrócić do domu”.

3)

„Ragazzi”, barman podchodzi do naszego stołu, jego oczy są ciepłe i zachęcające.

"Co mogę ci podać do picia?"

„Due cioccolati caldi”, dwie gorące czekoladki, ogłaszam ku uciesze mojego syna.

Nie jest jeszcze na tyle stary, aby zrozumieć całe angielskie słownictwo, ale „gorące” i „czekoladowe” oznaczają coś pysznego, on wie.

„Oczywiście”, barman uśmiecha się do mojego syna, zanim wrócił za bar.

Minutę później oboje wpatrujemy się w kubki wypełnione czymś, co wygląda jak parujący budyń czekoladowy, a gęsty zapach bogatej rozpuszczonej czekolady wypełnia nasze nozdrza 70% bogatym oczekiwaniem.

Nie jestem pewien, od czego zacząć, pomagam mojemu synowi, przechylając biały kubek w kierunku jego trzyletnich ust, pragnąc zobaczyć jego reakcję.

Gęsty brązowy płyn cale powoli naprzód, jak strumień lawy, w końcu nawiązując kontakt z jego miękkimi ustami. Na początku wzdryga się, zaskoczony upałem, ale potem jego oczy wybuchają radością, którą może przynieść tylko włoska gorąca czekolada.

Wkrótce oba kubki leżą puste na stole, pozostaje tylko cienki pierścień wokół każdej krawędzi kubka, a gruba bródka z czekoladowymi wąsami wytatuowana teraz na twarzy mojego chłopca.

Prawdziwy znak dojrzewania.

Nic tylko ciepło i szczęście wypełniają nasze brzuszki.

7

Jest zimno i mgliście, gdy pociąg zaczyna odjeżdżać z peronu we Florencji, w zależności od okoliczności.

Widzę, jak moja żona i syn machają na platformie do widzenia. Widzę w jej oczach, jak bardzo stara się być dla mnie silna, walcząc ze smutkiem i martwiąc się wystarczająco długo, by się uśmiechnąć, dopóki nie zniknę z pola widzenia.

Podnoszę szyję, by ją zobaczyć tak długo, jak to tylko możliwe, moją jedyną kotwicę w świecie nagle wypełnionym burzliwymi wodami.

Pamiętam, jak poprzedniej nocy wchodziła do naszego łóżka i śniadania, jej hawajska cera była bielona, ​​jej oczy ciemne, wargi schowane, ukrywające się przed czymś okropnym.

„Twój ojciec próbował się z tobą skontaktować przez ostatnie 48 godzin”, powiedziała mi na krawędzi łez.

„Twoja matka upadła dwa dni temu.”

„Uciekła do szpitala”.

„Jest w śpiączce”.

Ona i wspomnienia znikają z pola widzenia, a ja kołyszę się w nieznane i głębokie wody.

Wyglądam przez okno. Gęsta popołudniowa mgła spoczywa ciężko na polach, gdy pociągi nabierają prędkości.

Krople deszczu tworzą się na szybie okna dwa cale od mojego nosa, budując i budując, a następnie pędząc po przekątnej, tylko by zniknąć z pola widzenia.

Zimny ​​świat przenika do czubka mojego nosa.

5

Mój syn i ja wychodzimy z kawiarni jako zdobywcy, nasze pełne brzuchy są dowodem udanej krucjaty.

Polowanie na gołębie, przelewanie się przez kałuże pokryte brukiem, picie pierwszej włoskiej gorącej czekolady.

Zastanawiam się, jak to możliwe, że życie oferuje tak wiele rzeczy, które są tak małe.

Wsadzam syna do fotelika samochodowego i ruszamy przez toskańskie wzgórza w stronę naszego pensjonatu.

Patrzę w moje lusterko wsteczne. Za mną patrzy przez okno i patrzy, jak jego nowy świat przemija w mgnieniu oka.

Z przepełnionym sercem dziękuję Bogu za syna, z którym mogę dzielić się skarbami życia.

4

Dźwięk opon toczących się po żwirze oznajmia nasz powrót do naszego sennego pensjonatu, „komnat gościnnych” wielowiekowej willi.

Rozładowujemy samochód i wpadamy do willi.

W środku mój teściowie i drugi syn siedzą spokojnie, wyczekująco przy kuchennym stole.

Dziwne powietrze wypełnia przestrzeń.

Coś jest nie tak.

„Gdzie jest moja żona?”

„Miała telefon od twojego ojca. Powiedział, że to pilne.

„Pilne?” Zastanawiam się.

Co może być pilne w domu?

3)

Wchodzi.